Tym razem w czasie mojej azjatyckiej podróży skupiłam się na próbowaniu różnych potraw a nie tak jak ostatnio w Wietnamie byłam monokulinarna. Na pytanie co zamawiam ZAWSZE padała odpowiedź: SAJGONKI! i tak było przez 2 tygodnie. Nie powiem najadłam się wtedy za wszystkie czasy, więc tym razem springrolki pojawiały się oczywiście w moim menu, ale nie były wiodące.

Ponieważ jestem naleśnikowo-pierogowo-mączna, więc dużo potraw właśnie takich było, ale raz na jakiś czas pojawiały się mięsne dodatki jak porąbana kaczka, kurczak, czy mini szaszłyki z różnej zwierzyny.

W Indonezji stołowałam się głównie na ulicy, gdzie co krok były jakieś mini restauracyjki. Jedzenie było albo w zestawach albo w komponentach do aranżowania własnych dań. Ja preferowałam własne kompozycje, choć czasami nie mogłam się dogadać po angielsku, ponieważ Indonezyjczycy słabo znają ten język albo na migi, więc trafiała mi się jakaś jedzeniowa „mina”.

Natomiast w Singapurze najlepiej jeść w tzw. Howkes Centre. Znajdują się one w pobliżu centrów handlowych, osiedli mieszkaniowych albo dworców. Na powierzchni kilkuset metrów kwadratowych znajduje się kilkadziesiąt małych, przeważnie rodzinnych biznesów jedzeniowych, wyspecjalizowanych w określonych daniach. Oczywiście są też mniejsze „osiedlowe jadłodajnie” jak np. ta w People’s Park. Wybór dań jest ogromny a ceny niewielkie.

Prawie każde zdjęcie udało mi się „zidentyfikować” i podpisać, ale niektóre niestety pozostaną zagadką, chyba, że ktoś napisze mi co jadłam 🙂

Moje azjatyckie, jedzeniowe peregrynacje