Wiem, że jak jest zima to musi być zimno, ja to wszystko rozumiem…, ale tak nietypowo chciałbym, żeby była już wiosna. Dlatego mimo niesprzyjającej aury na zewnątrz, tzn. na polu, postanowiłam przygarnąć jakiś szybki i rozgrzewający przepis na zupę. I tak oto wiatr z tropików przygnał mi do kuchni pyszną, tajską zupę curry z kurczakiem i osiemnastoma innymi składnikami… Spokojnie. Wprawny kuchcik robi ją w 25 minut, bo w lodówce ma oczywiście żelazny zapas bulionu na czarną godzinę lub gdy chce ugotować coś w ekspresowym tempie. Jeśli chodzi o przygotowanie tej zupy przez Leniwca to trwa to 5 minut dłużej pod warunkiem, że w lodówce ma żelazny zapas bulionu na czarną godzinę lub gdy chce ugotować coś w ekspresowym tempie…

Składniki:
  • 25 g cienkiego makaronu sojowego lub ryżowego
  • 2 łyżeczki oleju kokosowego
  • 2 łyżeczki tajskiej pasty curry (zielonej lub czerwonej)
  • 1 pierś kurczaka
  • 1 cebula
  • 1 czerwona papryka
  • 1 litr bulionu
  • 250 g pieczarek
  • 1 puszka kukurydzy
  • 1 puszka mleka kokosowego
  • 2 łyżeczki sosu rybnego
  • 3 cm imbiru
  • 3 ząbki czosnku
  • 4 liście limonki kafir
  • 1 szt. trawy cytrynowej
  • 1 łyżka cukru trzcinowego
  • 1 limonka
  • cebula dymka
  • kolendra
Przygotowanie:

Makaron wkładamy do miski, zalewamy gorącą wodą i odstawiamy na 15 minut. Do garnka wlewamy litr bulionu i litr wody i gdy się zagotuje wrzucamy liście limonki kafir i zgniecioną trawę cytrynową. Teraz czas na krojenie. Cebulę w piórka, paprykę w paski, imbir w drobną kostkę, czosnek i pieczarki w plasterki. To wszystko co pokroiliśmy podsmażamy na patelni z dodatkiem oleju kokosowego przez około 5 minut a pod koniec dodajemy pastę curry. Zawartość patelni przerzucamy do garnka z gotującym się bulionem, wlewamy mleko kokosowe, sos rybny i dodajemy łyżkę cukru trzcinowego. Gotujemy około 10 minut a następnie dorzucamy pokrojonego w plasterki kurczaka oraz odcedzoną kukurydzę, dobrze mieszamy i gotujemy jeszcze 5 minut. Po tym czasie wyciągamy trawę cytrynową i dodajemy odcedzony i pokrojony na mniejsze części makaron. Na koniec doprawiamy sokiem z limonki i gotujemy jeszcze 2 minuty. Po odstawieniu z ognia, zupę przelewamy do miseczek i posypujemy posiekaną dymką i kolendrą.

Po robocie. Teraz czas na przywołanie azjatyckich wspomnień kiedy taką zupę jadało się w jakimś orientalnym hutongu. Wniosek: ta „krakowska” w niczym nie ustępuje oryginalnej tylko podawana jest w trochę innych klimatach.

Smacznego 🙂

Taj, taj, taj, czyli tajska zupa