W zasadzie zima już za nami, więc ostatnie reminiscencje z tegorocznych zimowych wypadów w góry – tym razem Babia Góra z przełęczy Krowiarki.

Mimo, iż codziennie przybywa parę minut dnia, nadal jest krótki i decydujemy się więc na wczesny wyjazd z Krakowa. Prognozy nie są zbyt obiecujące, jedno jest pewne że będzie wiało, ostatecznie na Babiej zawsze wieje. Mamy jednak nadzieję, że może trafi się nam „okienko w chmurach” i ujrzymy w pełnej krasie panoramę Tatr. O ósmej meldujemy się na parkingu na przełęczy Krowiarki, przeświadczeni że o tak wczesnej porze będziemy jedynymi którzy wybierają się na Babią. Jakie jest nasze zdumienie, gdy na bądź co bądź dużym parkingu pozostały ostatnie wolne miejsca. Oczywiście pojawia się „parkingowy” kasując swoją dolę – „Gott sei Dank!” że punkt kasowy jest zamknięty i są to ostatnie dzisiejsze opłaty.
Na parkingu mocno wiele, ale to przecież tylko przedsmak tego co nasz czeka wyżej, dodatkowo szlak jest mocno zlodzony i bez raczków się nie obejdzie. A może to ostatnia z dzisiejszych przeszkód ?
Odnajdujemy początek czerwonego szlaku i zaczynamy mozolnie drapać się na Sokolicę – najniższy wierzchołek w masywie Babiej o wysokości 1367 metrów. Na szczycie wiejący z zachodu wiatr nie pozwala nawet na krótki odpoczynek, musimy iść dalej. Jest też więcej nieubitego śniegu, który w parę minut po naszym przejściu zawiewa wszelkie ślady naszej bytności, dobrze że co kilkadziesiąt metrów w śnieg wbite są tyczki, inaczej mielibyśmy trudności w odnalezieniu szlaku.
W dalszej drodze towarzyszy nam spotkany na szlaki ski-turowiec, więc jest odrobinę raźniej.
Po parunastu minutach natura wynagradza nam dotychczasowe trudy wspaniałą panoramą Tatr, dodatkowo podświetlonych przebijającym przez chmury słońcem. W oddali widać również okoliczne szczyty Beskidu Żywieckiego i Śląskiego.

W końcu odsłania się najwyższy szczyt masywu Babiej Góry – Diablak z nieodłącznym murkiem za którym w lecie można schować się przed wiejącym wiatrem, teraz prawie całkowicie zasypanym śniegiem z którego natura wykreowała niesamowite śnieżne twory. Gdyby nie przejmujące zimno i drętwiejące dłonie, można by je fotografować bez końca. Pochłaniaąmy zabrane z domu kanapki popijając gorącą herbatą, która chyba nigdy nie smakuje tak wyśmienicie.
Dalsza trasa to klasyk – 45 minut w kierunku przełęczy Brona, a potym już tylko 15 minut do schroniska na Markowych Szczawinach. Zejście z samej przełęczy okazuje się najbardziej karkołomnym fragmentem trasy, miejscami mimo założonych raczków pozostaje nam się tylko zsuwać w kopnym śniegu łapiąc się wystających spod niego gałęzi. Schronisko o tej porze puste, tylko nieliczni fanatycy zimowego trekingu uzupełniają kalorie.
Poniżej profil trasy oraz jej przebieg na mapie google.

Nas czeka już tylko bez mała dwugodzinny spacer tym razem górnym Płajem. Mam nadzieję że wrócimy jeszcze na Babią w lecie, ale tym razem Percią Akademików….

Zimą na Babią Górę