Żaden kierowca nie lubi jak mu nagle za uchem pasażer krzyknie STOP! Na szczęście ulica nie była ruchliwa, było się gdzie zatrzymać, więc wypadłam z auta i pobiegłam uwiecznić czarno-biały mural jakby wyjęty żywcem z lat trzydziestych z czasów prohibicji. No i jeszcze ta kobieta w czerwonej bluzce, która przechodząc, pomachała mi przyjaźnie. Crème de la crème street artu! A potem znowu na czarno-białym muralu mężczyzna w czerwonej koszulce…

Napotkane przypadkiem w bocznych uliczkach, obok sklepu, w którym robiliśmy zakupy lub knajpek, w których delektowaliśmy się ramenem, prawdziwymi amerykańskimi hamburgerami (a ja wege!!!) lub zażeraliśmy się lodami american size: jedna gałka = małe wiaderko.

Tu nie ma się co rozpisywać, tu wystarczą same obrazy. Żałuję, że nie było czasu, aby przejść się szlakiem murali w Seattle i Vancouver, ale jestem zadowolona, bo i tak uwieczniłam kilka perełek.

Amerykańsko – kanadyjski street art