W stolicy Brytyjskiej Kolumbii – Victorii, zaokrętowaliśmy się na prom i popłynęliśmy do Vancouver. To jedno z najpiękniej położonych miast na świecie, otoczone z jednej strony górami North Shore Mountains, z drugiej – Pacyfikiem, a w środku wypełnione lasami, jeziorami, fiordami, wiszącymi mostami i… najlepszą architekturą. O wilku mowa, czyli Marine Building przy 355 Burrard Street to najpiękniejszy drapacz chmur w stylu art deco zaprojektowany przez firmę McCarter & Nairne. Elegancki design i ozdoby w marynistycznym stylu sprawiają, że to 22-piętrowe dzieło sztuki. Jego uroczyste otwarcie nastąpiło w październiku 1930 roku i do 1939 był to najwyższy budynek Imperium Brytyjskiego. Niestety koszt budowy (2,3 mln $) znacznie przekroczył plany, co zrujnowało inwestora, który aby spłacić wierzycieli, zaoferował miastu sprzedaż Marine za 1 milion dolarów, ale ostatecznie budynek trafił w ręce rodziny Guinness (znanej skądinąd) za marne 900 tysięcy dolarów. W 2016 roku nieruchomość wyceniana była na ponad 90 mln $.

Marine Building to hołd złożony morzu i widać to w każdym detalu, zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz. W środku znajdują się misternie rzeźbione ryby, koniki morskie, kraby, wodorosty i oczywiści król mórz i oceanów – Neptun. Ściany inkrustowane są 12 odmianami lokalnego drewna liściastego, a marmurowa podłoga  ozdobiona znakami zodiaku. W latach trzydziestych na górze funkcjonował taras widokowy, jednak 25 centów za wstęp to była zbyt wysoka cena dla większości obywateli i platformę zamknięto. Chcieliśmy sprawdzić, czy coś się zmieniło od tamtego czasu, ale winda dla ciekawskich jeździ tylko do VI piętra, więc musieliśmy zarządzić odwrót i obejść się smakiem.

W Vancouver spędziliśmy kilka pracowitych godzin, bo mieliśmy tu trochę do połażenia. Zaczęliśmy od hipsterskiej (upsss… artystycznej) dzielnicy Gastown, gdzie godzinami można przemieszczać się wśród kawiarnianych stolików i zaułków, a czas odmierza słynny zegar „parowy” zbudowany przez Raymonda Saundersa. Co kwadrans odtwarza westministerskie kuranty i wypuszcza obłok pary, tylko z tym parowym zasilaniem to lekka ściema, bo od dawna już działa dzięki silnikowi elektrycznemu; nieważne, jest atrakcyjny i znalazł się nawet na okładce albumu Nickelback Here and Now.

Szklane drapacze chmur w Downtown, to dla mnie obowiązkowy punkt spaceru, tym razem urozmaicony tanecznym performansem na jednym z nich, tak gdzieś w okolicach trzydziestego piętra… Stanęliśmy, zadarliśmy głowy w górę, popodziwialiśmy i… poszliśmy dalej, bo wszystkie drogi prowadzą na Waterfront, gdzie kompleksowo można zachwycać się widokiem gór na horyzoncie i wodami zatoki.

I wreszcie streetartowy hit wyjazdu, czyli giganci na silosach – trójwymiarowy mural, który stacjonuje na poprzemysłowej wyspie pod mostem – Granville Island. Stare hale i baraki zostały tu odnowione i przekształcone w galerie sztuki, teatry, kawiarnie, jest też targ, browar i destylarnia i jak się łatwo domyślić ciągle się tu coś dzieje (kulturalnego).

Obok centrum znajduje się Park Stanleya, czyli 400 hektarów do biegania, spacerowania, plażowania, rowerowania i podziwiania widoków. Wspaniała roślinność oraz mnóstwo atrakcji sprawia, że można tu przebywać nieustannie.

Ale to nie wszystkie rarytasy, które w ciągu kilku godzin zobaczył nasz czteroosobowy, ekspresowy oddział do zwiedzania. Czy wiszący most to też w Vancouver? Tak, i to nie jeden. W północnej części Vancouver, jakieś pół godziny autem od centrum miasta (można też dojechać komunikacją miejską) znajduje się Lynn Canyon Park, który oprócz wielu leśnych szlaków oferuje most wiszący – Suspension Bridge. Spacer po nim może przyprawić o lekki nerw zwłaszcza, gdy ktoś wpadnie na pomysł rozhuśtania go, bo do pokonania w dół w szybkim tempie jest 50 metrów. Most nad kanionem został zaprojektowany w 1911 roku przez inżyniera C.H. Vogla. Ponieważ było to prywatne przedsięwzięcie za wstęp pobierano opłatę w wysokości 10 centów, potem 5 centów, a potem go zamknięto. Po latach dystrykt North Vancouver naprawił „wisielca” i udostępnił wszystkim za free. Ale most to dopiero początek, bo w parku można pójść w lewo: do ukrytego wśród skał szmaragdowego basenu lub w prawo: do wodospadów Twin Falls a potem do jeziora. W obu miejscach można popływać, ale woda ma temperaturę kanadyjską…

Vancouver, kiedyś mała przystań wielorybników i osada drwali na zachodnim wybrzeżu Kanady, otoczona z trzech stron wodą i sąsiadująca z górami, to dzisiaj metropolia i serce Kolumbii Brytyjskiej. Ale góry i woda nadal te same… Podobno 50 % Kanadyjczyków marzy o tym, aby się tu przeprowadzić, a drugie 50% nie przyznaje się do tego. COŚ w tym mieście jest…

***

Trochę inne miejsca zwiedzałam w Vancouver w 2015 roku, do zobaczenia tutaj.

Więcej Stanów 2018? Tutaj.

Co ciekawego w Vancouver?