Taka sytuacja: siedzimy wieczorem w beduińskim namiocie – Chińczyk studiujący architekturę w Mediolanie, nasza czwórka z Polski, Beduin – właściciel lokalu i kucharz z Sudanu. Na tym mini wieczorku zapoznawczym zasymilowaliśmy się w ciągu sekundy. Ognisko płonie, słodka herbata, zwaną dla niepoznaki beduińską whisky, leje się szklaneczkami i zaczynamy nasze międzynarodowe rozmowy o wszystkim, czyli to co najbardziej lubię w podróżach. Opowiadamy o naszych krajach, o rodzinie, o pogodzie w Polsce, bo akurat śnieg w tych dniach pracował na dwie zmiany, pokazujemy zdjęcia. No właśnie… Czy psy mnie słyszą? Największą furorę robi nasz pies w swetrze podczas zimowego spaceru po Lasku Wolskim. Kucharz Sudańczyk ogląda te fotki przez 10 minut, kiwa głową z niedowierzaniem, cmoka… Bolanda, dogs in sweaters… i wychodzi… Po chwili wraca i mówi, że tu na pustyni nie ma internetu, nie mógł zadzwonić do swojej rodziny w Chartumie na WhatsApp’a, ale poświęcił swoje pieniądze z abonamentu telefonicznego, rozmawiał z siostrą przez minutę i powiedział jej: Bolanda dogs in sweaters…

Kiedyś mówiło się, że w Polsce po ulicach chodzą białe niedźwiedzie. Może się okazać się, że teraz świat obiegnie sensacyjna wiadomość, że w naszym kraju psy chodzą w swetrach. Przepraszam wszystkie rasowe i wielorasowe czworonogi, to moja wina… Mam nadzieję, że w tym wpisie żaden pies nie poczuje się urażony… Hau!

Wadi Rum to słynna jordańska pustynia o iście marsjańskim anturażu, piaskowe imperium Beduinów, najpiękniejsze miejsce Bliskiego Wschodu i część jordańskiego „Złotego Trójkąta”, „rozległa, pełna echa i boska” jak pisał Lawrence z Arabii, to coś więcej niż morze piasku, to piaskowce i bazaltowe góry wyrastające z podłogi – zachwyt w tej lokalizacji jest w pełni uzasadniony. A pustynia po deszczu? Jest niesamowita! Zakwitły kwiaty, trawa i piasek nabrały kolorów, zadziwiają intensywne barwy, które zmieniają się w zależności od sytuacji na niebie. Coś pięknego!

W naszym wypadku zachód słońca na Wadi Rum nie był aż tak spektakularny, ponieważ chmury też postanowiły przybyć na sunset…, ale i tak fajnie było posiedzieć na skalnej półce. Sytuacja powtórzyła się następnego dnia, tylko tym razem chodziło o wschód słońca…

Nasze 4-godzinne safari po najatrakcyjniejszych miejscówkach na Wadi Rum odbyliśmy nie na wielbłądach, ale na mechanicznym koniu, czyli oldskulową Toyotą z rozrywkowym kierowcą – Beduinem, który mógłby z powodzeniem brać udział w Rajdzie Dakar, a pustynię znał jak własną kieszeń (tubylec wszakże on był).

Co zobaczyliśmy?

Naturalne skalne mosty i łuki, fantazyjne formacje i gigantyczne góry, otwarte przestrzenie i nieziemskie krajobrazy, ciasne kaniony i ukryte wąwozy, wydmy, pustynne panoramy i petroglify…

Siedem Filarów Mądrości to potężne góry widoczne z Visitor’s Center w Wadi Rum.

W Lawrence’s Spring rośnie charakterystyczne duże drzewo, zielone (sic!) i nieuschnięte. Od starożytności był to przystanek dla karawan idących z Arabii do Lewantu, później wykuto tu w skałach cysterny i kanały na wodę z który do dziś korzystają wielbłądy a kierowcy napełniają chłodnice swoich mechanicznych rumaków. Tradycyjnie pokręciliśmy się po okolicy, pogadaliśmy z wielbłądami a na ogromnym głazie z piaskowca poczytaliśmy inskrypcje sprzed tysięcy lat.

Kolejny punkt programu to Ruiny Domu Lawrence’a z Arabii, które nie są niczym więcej niż gruzem na pustyni. Może tu mieszkał a może nie, ale nazwa się przyjęła. A kim był ten słynny T.E. Lawrence? Brytyjskim oficerem, przeciwnikiem kolonializmu, podróżnikiem i archeologiem. Wspinamy się na skały, łazimy po półkach, ale trzeba ostrożnie stąpać, bo ludzie uprawiają tu kamieniarstwo – fotogeniczne piramidki są wszędzie. 

Liczyłam, że z Czerwonej Wydmy zjadę na sandboardzie (tak jak w Namibii), ale jedyna deska w okolicy miała zepsute wiązania uniemożliwiajace zapięcie butów snowbordowych, których zresztą właściciel deski nie posiadał na wyposażeniu… Zamiast zjazdu można było zrobić sobie zdjęcie stojąc na desce – koszt 5 JOD… Odpuściłam. Na szczęście okolica oferowała kosmiczne widoki, więc łatwo było wpaść w zachwyt co też uczyniłam razem ze współtowarzyszami podróży. Ogólnie tutejszy plener w 10-stopniowej skali euforii zasługuje na solidne 10 punktów i ogłaszam, że planeta Mars to podróbka Wadi Rum! Zaiste nieziemskie widoki oferuje ta miejscówka, ale sandboarding jest niestety w powijakach.

W Kanionie Khazali są obrazki sprzed 2000 lat… Jakoś zawsze mam problem z petroglifami, czy aby ktoś ich ostatnio nie wydłubał…, ale dobra zakładam, że nie. Wchodzimy do wnętrza góry, kanion ma 100 metrów i jest dość wąski, trzeba umiejętnie manewrować na wąskich półkach i skakać po kamieniach, aby nie wylądować w wodzie. Niektóre wodne dziury mają około metra, wiem, bo dziewczyna przede mną wpadła do takiej, może za bardzo przyglądała się tym wydrapanym nabatejskim obrazkom?

Skalny most w Khor al Ajram to podobno najmniejszy łuk na pustyni Wadi Rum, mierzy 4 metry, dotarcie na szczyt to bułka z masłem a nagroda w postaci widoków – niesamowita! Na horyzoncie prezentują się góry Jabal Rum, Jabal Um Ishrin i Jabal Khazali.

Skalny most Umm Fruth Rock Bridge można podziwiać z dołu i z góry. Wspinaczka, a zwłaszcza zejście, jak dla mnie nie wyglądały zbyt zachęcająco, więc przez chwilę przyglądałam się perypetiom dziewczyny, której na ratunek przyszedł jej beduiński przewodnik, potem skupiłam się na oddolnej obserwacji i zobaczyłam tam serce i uśmiechniętą krowę… Nie, nie była to fatamorgana, nie, nie miałam omamów, nie, nie byłam pod wpływem…

Wadi Rum to niezwykłe formacje skalne i marsjańskie kolory, spektakularne widoki ze szczytów i szalona jazda jeepem, to wąwozy i skalne mosty, ale przede wszystkim wiatr we włosach i piasek w zębach (żartowałam). Nie miałabym nic przeciwko temu, aby powtórzyć ten scenariusz.

Noc pod gwiazdami, czyli spanie w beduińskim namiocie

Ale to nie koniec naszych pustynnych atrakcji, bo jeszcze czeka nas noc pod gwiazdami i liczenie konstelacji, czyli spanie w beduińskim namiocie, który zarezerwowaliśmy przez booking.com… Wadi Rum Blue Sky and Tour to był strzał w dziesiątkę! Namioty z koziej sierści wyposażone są w wygodne łóżka, czystą pościel i najbardziej puszyste koce na świecie (niektórzy to nawet mieli plan, aby zakupić je i wyeksportować do Polski, jednak Ryanair ostudził te zamiary). Łazienka z ciepłą wodą, prysznice i „normalne” toalety? Też były. Ot, taki to standard w tej pustynnej lokalizacji…

Zanim udamy się w objęcia Morfeusza czeka nas jeszcze pyszna kolacja przygotowana na tradycyjnym beduińskim podziemnym grillu (zarb), który robi się w wykopanym w piasku dole. Oczywiście uczestniczymy w tej celebracji i gdy nasz sudański kucharz (ten od Bolanda, dogs in sweaters) otwiera pustynny właz, widzimy ruszt umieszczony w metalowej beczce (ha, ha, może po benzynie lub po przepracowanym oleju…), mięso okupuje dolną półkę a warzywa pieką się u góry. I tak nasza kolacja składa się z jagnięciny, kurczaka, ziemniaków, ryżu (ukłon w stronę Chińczyka), sałatek, oczywiście hummusu, świeżych placków chlebowych i reszty beduińskich specjałów. Palce lizać!

Jeśli jeszcze zastanawiacie się, czy jechać do Jordanii – zróbcie to! Absolutnie nie będziecie żałować.

***

Reszta Jordanii tutaj.

Pustynia Wadi Rum – witajcie na Marsie!