Podobno pierwszy rower w Krakowie pojawił się w 1869 roku, pod koniec XIX wieku było ich już trzysta, a ile jest teraz? Nie wiem, ale zapewne do Kopenhagi i Amsterdamu jeszcze nam daleko. Dlaczego o tym piszę?

Jako świeżo upieczona posiadaczka roweru miejskiego (mojemu wysłużonemu rowerowi górskiemu mówię pa, pa) mam zamiar wykręcić na nim sporo kilometrów po Krakowie i na nowo zobaczyć miejsca dawno nieodwiedzane.

Uważam się za miejskiego, długodystansowego piechurka. Moje życiówki na butach podczas zwiedzania betonowych dżungli to: 35 km w Berlinie i 28 km w Wiedniu w jeden dzień (oczywiście, że nie ten sam!). Kocham ten sposób przemieszczania się, ale nie da się ukryć, że rower pozwala zobaczyć większy kawałek terenu w krótszym czasie (a poza tym poprawia kondycję i jest przyjazny środowisku – szok i niedowierzanie, nieprawdaż?)

Parafrazując Koziołka Matołka: co przeżyłam i co widziałam wszystko Wam opiszę, ponieważ wkrótce zaczną się tu pojawiać, jak grzyby po deszczu, moje fotorelacje na dwóch kółkach.

Oto mój nieskomplikowany plan na zagospodarowanie roweru miejskiego:

  1. Od mostu do mostu, czyli Bulwarami Wiślanymi z Salwatora do Nowej Huty
  2. Rowerem na tor kajakowy, czyli od Wawelu na Kolną
  3. Wąskimi uliczkami po Kazimierzu
  4. W poszukiwaniu graffiti -> Graffiti Park i  nie tylko
  5. Zakrzówek
  6. Do Tyńca albo do Mogiły albo i tu i tu…
  7. Wzdłuż Rudawy

Upsss, chyba się cieszę i może nawet uda mi się zrealizować ten plan…

Rowerem po Krakowie