Poszłam na rower w poszukiwaniu wiosny, a spotkałam Radka. Radek wyjechał o 1 w nocy z Wrocławia, a zdjęcie na tle Wawelu zrobiłam mu 12 godzin później. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, ale Radek przyjechał z Wrocławia do Krakowa na swoim rowerze. I ja mu wierzę. A ja tylko na Kolną i z powrotem, że aż wstyd się przyznać…

Dokumentację zdjęciową rozpoczynam na Skwerze Konika Zwierzynieckiego, wśród drewnianych bocianów i Lajkonika z cortenu. Pięknie tu, a do tego jeszcze jaki widok na Wawel!

Przejeżdżam przez most Dębnicki i jadę Bulwarami Wiślanymi równolegle do bogatej w architektoniczne perełki ulicy Tynieckiej. Tradycyjnie moją uwagę przykuwa XVIII-wieczna Willa pod Minerwą, przebudowana sto lat temu przez Szyszko-Bohusza w kooperacji z Henrykiem Jasieńskim, synem Feliksa tego od Mangghi. To bardzo efektowna rezydencja z reprezentacyjnymi schodami zewnętrznymi, z tarasem wspartym na kolumnach i półkolistym tympanonem z godłem domu – Minerwą – rzymską boginią rzemiosła i sztuki. Niezwykle ciekawą historię tego budynku i jego mieszkańców z licznymi anegdotami i rodzinnymi wspomnieniami, napisał Łukasz Komornicki – prawnuk Stefana Komornickiego, który m. in. był dyrektorem Muzeum Czartoryskich.

Kawałek dalej „pod dziesiątką” stoi dom w kolorze żółtym, w którym w czasie II wojny światowej mieszkał Jan Paweł II, ale wtedy mieszkał tu jeszcze jako Karol Wojtyła. Ledwie zakręciłam kołami a już muszę się zatrzymać, bo oto przede mną eklektyczny pałac Lasockich, który ostatnio wylądował w mojej krakowskiej, pałacowej kolekcji. Ileż tu fiołków teraz! A jak pachną, tu naprawdę czuć wiosnę. Chętnie zostałabym tu dłużej, ale jak tak dalej pójdzie, to na Kolną będę musiała jechać z noclegiem. Wrzucam więc drugi bieg i… rzucam gałką oczną na klasztor Norbertanek, który z tej strony wygląda jak istna forteca – do ufortyfikowanej Valletty pasowałby idealnie, nawet kolor się zgadza.

Teraz czeka mnie prosty odcinek jazdy z majaczącym na horyzoncie klasztorem na Bielanach, ale… na wysokości zamku w Przegorzałach, pomiędzy trzema kawernami, znajduje się tor motocrossowy. Motocykliści upodobali sobie ten teren nad Wisłą, co widać po mocno wykolejonej ziemi…

Mimo tylu atrakcji po drodze dotarłam wreszcie na Kolną, zjadłam lody i poczytałam trochę o tym kompleksie sportowym. Otóż, Tor Kajakarstwa Górskiego w Krakowie, to jedyny tego typu obiekt na świecie umożliwiający treningi od jesieni do wiosny w ekstremalnych warunkach wody płynącej. Dlaczego? Ponieważ zamontowano tu zadaszenie wraz z systemem nagrzewającym i oświetleniem. Jednym słowem panta rei i jak trenować kajakarstwo górskie to tylko w grodzie Kraka! Na Kolną można się dostać różnymi sposobami, tramwajem wodnym też, przystanek jest i ma nawet rozkład jazdy. Odjeżdżam stąd z żalem, ale wiem co mnie czeka…

I tak oto jestem przy stopniu wodnym Kościuszko. Jest tu mała elektrownia wodna o mocy 3 MW, przepławka dla ryb, 183-metrowy most i bardzo fotogeniczna kładka dla rowerzystów w kolorze yellow.

Wracam w kierunku Salwatora, ale nie tak, że wsiadam na rower, jadę i wysiadam pod domem. Tak się tu nie da, bo i po tej stronie Wisły dużo jest spowalniaczy przyrodniczych i architektonicznych. Teraz klasztor na Bielanach już nie majaczy na horyzoncie, ale jest na wyciągnięcie ręki, za niebieskim płotem swoją siedzibę mają krakowskie wodociągi, które kiedyś zwiedzałam w czasie Małopolskich Dni Dziedzictwa Kulturowego (a pan przewodnik nie lał wody, tylko ciekawie opowiadał o architekturze przemysłowej).

Potem z wody i z ziemi wystają wodowskazy, no jak się nie zatrzymać, trzeba sprawdzić stan wody na Wiśle w Krakowie, bo w Zawichoście to wiadomo. A bezlistne drzewa odbijające się w lustrze wody, a morze traw na łąkach tynieckich, a ptasie radio dobywające się z krzaków…

Zamek w Przegorzałach i willa Szyszko-Bohusza – imponująco prezentują się na wapiennym wzgórzu, ale zielony most – kładka – widmo, to ciągle zagadka dla mnie. Kto go przerzucił przez Wisłę, kiedy i po co, bo konieczność połączenia ul. Tynieckiej z ogródkami pracowniczymi, jakoś mnie nie przekonuje.

Powoli dojeżdżam do plaży na Salwatorze, wszystko przygotowane do sezonu, piasek jest, kajaki można wypożyczać, tylko temperaturę trzeba trochę podkręcić.

Jadąc ulicą Księcia Józefa pod numerem 29 mijam dom i dawną pracownię Jacka Malczewskiego, artysta spędził tu najmilsze chwile swego życia i namalował kilka obrazów.

Jeszcze tylko przejazd przez symboliczną bramę i już jestem na Salwatorze. Wiedziałam, że to się tak skończy, znów wylądowałam w klasztorze!

To było pracowite rowerowe popołudnie, czas popedałować do domu 🙂

***

Więcej roweru? Jedźcie tędy.

Rowerem na tor kajakowy